Książkowstrętowi mówimy: nie!

Konserwatywny kanon, szowinizm, pogarda dla pisarzy i czytelników „gorszego sortu” to najgorsze metody promocji czytania

(Tekst opublikowany w Gazecie Wyborczej 1. marca 2014 roku)

- Uwaga! Uwaga! Polski książkowstręt bije nowe rekordy! Najnowszy wynik odnotowany przez Bibliotekę Narodową to już 61 proc. nieczytających! Nasze społeczeństwo zbliża się wielkimi krokami do epokowej chwili, w której już nikt nie będzie nic czytał. I będziemy jedynym takim narodem w Europie.

Obawiamy się, że ten apel nie zmrozi już ludziom krwi w żyłach. Temat upadku czytelnictwa w Polsce coraz mniej kogokolwiek obchodzi. Szczęśliwie dyskusje o literaturze budzą jeszcze emocje i dlatego wywołał je nasz manifest (patrz ramka), w którym m.in. nawoływaliśmy do zwrócenia przez krytyków uwagi na literaturę środka i do traktowania literatury pisanej przez kobiety na równych prawach z tą pisaną przez mężczyzn (tak, chcemy artykułów o polskich „mistrzyniach prozy”).

***

Wszyscy jesteśmy wychowankami Gombrowiczowskiego profesora Bladaczki, więc biorący udział w debacie najżywiej zareagowali na pytanie, komu wolno należeć do literackiego kanonu. Chodziliśmy w końcu do szkół, w których wbito nam do głowy, że najważniejszy jest właśnie kanon i lektury obowiązkowe (w ostatnich latach przyswajane zresztą głównie w formie bryków i streszczeń).

” a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą” – grzmieli nasi nauczyciele, a to nie jest, niestety, formuła sprzyjająca miłości do czytania. Jej pokłosiem stała się także spora zachowawczość. Zbyt rzadko pozwalano nam we wczesnej młodości krzyknąć: „Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! () Nie zajmuje mnie!”.

Czytanie jest w naszym kraju zajęciem zarezerwowanym dla inteligenta, którego ma zachwycać to, co inteligenta zachwycać powinno (inaczej mógłby się zbłaźnić). Poza tym pop nie może być w Polsce sztuką! U nas są artyści i jest pop, niech nikt nie waży się niwelować różnic między tym, „co w potocznym rozumieniu określane jest jako wysokie i niskie”.

Zapomnijmy więc o takich artystach pop jak Andy Warhol, Edward Hopper, David Bowie i Peter Gabriel. I koniecznie wyrzućmy z naszych bibliotek książki Jane Austen i Aleksandra Dumasa, bo w swoich czasach reprezentowali literaturę popularną. W Polsce pop musi zachować przynależne mu podrzędne miejsce! I może to z tego powodu polska literatura popularna jest często tak fatalnie redagowana, może przez to razi stylistyczną i językową nieporadnością, której z powodzeniem mogłaby uniknąć, gdyby nie była traktowana z pogardą?

Wygląda też, że bardzo trudno jest w Polsce zrozumieć, czym miałaby być owa „literatura środka”. Ominęła nas dyskusja na ten temat, która toczyła się w pierwszej połowie XX wieku w krajach anglosaskich. To dlatego wielu polskich krytyków i czytelników, słysząc słowo „środek”, rozumie „pop”. Tymczasem środek to nie są popularne pozycje z półki „lowbrow”, czyli to, co w Polsce najchętniej określane jest mianem literatury pop. Środek to jest „middlebrow”, literatura, która jest przystępna, ale zarazem ambitna.

Również na Zachodzie nie została od razu zaakceptowana. Pastwiła się nad nią np. Virginia Woolf. Jednak dziś można zaryzykować stwierdzenie, że literatura środka jest tym dla rozwoju czytelnictwa, czym klasa średnia dla rozwoju demokracji. Demokracja nie jest możliwa bez silnej klasy średniej, a rozkwit czytelnictwa – bez dobrej literatury środka. To ona dzięki swej przystępności trafia do wielu czytelników, a że reprezentuje zarazem wysoką jakość, nie tylko bawi, ale też rozwija i zdecydowanie zwiększa apetyt na czytanie (również książek z wyższej półki, „highbrow”).

Literatura środka jest inteligentna, bywa oryginalna, w warstwie konstrukcyjnej często dość tradycyjna, ale potrafi też łamać schematy i nieobca jest jej brawura i odwaga. W literaturze tej bardzo ważna jest opowieść i dobrze zarysowane portrety ludzi. Zdecydowanie bliższy jest jej rzetelny realizm od eksperymentów formalnych i awangardowego języka.

Mówiąc szczerze, najlepszą definicję tej literatury stworzyła Kinga Dunin w tekście o tęsknocie za ”prawdziwą powieścią”. To literaturę środka cechuje „wiarygodny świat przedstawiony, tło historyczne i społeczne, fabuła wiarygodna, ale nieprzewidywalna. Dobrze zbudowane postacie. Zwroty akcji, we właściwych momentach dawkowane napięcia i emocje. Język może nie całkiem przezroczysty „.

Opis ten pasuje też do niektórych powieści z najwyższej półki i nic dziwnego, bo granica między literaturą środka a tą najwyższych lotów często się zaciera. Gdzie przynależy Joyce Carol Oates i Najprawdopodobniej i tu, i tam. Szwedzka pisarka Kerstin Ekman, która zaczynała karierę od pisania bardzo ambitnych kryminałów, dziś jest członkinią Akademii Szwedzkiej i reprezentuje półkę najwyższą

Kinga Dunin wspomina twórczość innego pisarza „highbrow” - Jonathana Franzena. Warto więc wspomnieć, że ten amerykański intelektualista (o szwedzkich korzeniach) bez wstydu przyznaje, że jako pisarz wiele się nauczył od duetu Sjöwall i Wahlöö szwedzkich autorów powieści kryminalnych,. „Z ich satyrycznego i zarazem krytycznego sposobu przedstawiania Szwecji wziąłem mój własny prześmiewczy antyamerykanizm () i to także dzięki nim jestem dumny z tego, iż w połowie jestem Szwedem” – napisał w liście do szwedzkich czytelników.

Książka? Już jedną mam: ”Jestem magistrem, nigdy nie czytam. I jestem z tego dumny”

***

Czy czytanie naprawdę powinno zachować przyznany mu w Polsce status zajęcia elitarnego, zarezerwowanego dla wąskiej grupy? Czy naprawdę tego chcemy? Czy może powinno się stać częścią codzienności zwykłych ludzi? Inteligentną formą wypoczynku, niegłupią rozrywką, przeżyciem intelektualnym dostępnym dla każdego, jak kino? Jeżeli chcemy, by Polacy zaczęli znowu czytać książki, polskie elity powinny zrozumieć, że do ich obowiązków należy edukowanie społeczeństwa i rozbudzanie miłości do słowa pisanego, i to w różnych ludziach, także tych prostszych czy może tylko bardziej zmęczonych, którzy nigdy nie sięgną po Prousta.

Promowanie czytelnictwa jest na razie jedną z tych dziedzin, z którymi państwo polskie radzi sobie najgorzej, choć wielką nadzieją dla wszystkich miłośników książek jest narodowy program ”Zakupu nowości wydawniczych do bibliotek”. Skuteczna promocja czytelnictwa to m.in. takie niby niepozorne, a przecież kluczowe działania u podstaw. Nie da się wspierać czytania bez przyzwoitej pomocy dla bibliotek i nie powinny one dostawać wsparcia jedynie w formie środków na zakup nowości. Regularnie organizowane przez biblioteki spotkania z pisarzami i inne mniejsze wydarzenia promocyjne mogą dużo więcej zdziałać niż niejeden wielki festiwal.

Niedawno ogłoszono wyniki podziału obfitego tortu, jakim jest ”Program Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Promocja literatury i czytelnictwa – priorytet 2 – Promocja czytelnictwa”. Właśnie przyznano pierwszą transzę grantów. Rzut oka na ów podział dostępny na stronach ministerstwa powoduje nieprzyjemne zdziwienie. Oto bowiem największa część tortu przypada kilku potężnym podmiotom – festiwalom literackim w dużych miastach, które otrzymały ogromne wsparcie finansowe liczone w setkach tysięcy złotych. Niestety, tym samym wnioski małych podmiotów, przede wszystkim bibliotek gminnych czy powiatowych, nie zostały rozpatrzone pozytywnie, czyli ponownie zlekceważono potrzeby zwykłych ludzi. To ten sam mechanizm, który pozwala tak łatwo i pogardliwie obśmiewać czytane przez nich książki.

Nasza konkluzja jest krótka: konserwatywny kanon, szowinizm, pogarda dla czytelników „gorszego sortu” (bo przecież nie tylko dla pisarzy) i nadmierny elitaryzm nie są najlepszymi metodami promocji czytelnictwa i przeczą etosowi inteligenta. Metody te, stosowane od lat, przynoszą kolejne rekordy w postaci rosnącej liczby ludzi z ciężkim książkowstrętem.

Nawet największe wysiłki polskiej dyplomacji kulturalnej nie mogą dać promocji „marki Polska” tyle, ile przyniósłby światowy bestseller polskiego pisarza lub pisarki. Ponieważ świat CZYTA KSIĄŻKI. Polacy zresztą też jeszcze to robią, ale można mieć wrażenie, że media i niektóre państwowe instytucje starają im się to wybić z głowy.

*Anna Dziewit-Meller - pisarka, dziennikarka; *Remigiusz Grzela - dziennikarz, pisarz; *Joanna Laprus-Mikulska - dziennikarka, wydawca, fundacja Age of Reading; *Grażyna Plebanek - pisarka, felietonistka, dziennikarka; *Katarzyna Tubylewicz - publicystka, tłumaczka