Jak zarobić wierszówkę lekko łatwo i przyjemnie.

Krótka refleksja po lekturze magazynu Książki, wydawanego przez Agorę.  W  numerze m.in. tekst Elizy Szybowicz o  Annie Ficner – Ogonowskiej i wywiad Wojciecha Orlińskiego z Danem Brownem. Pierwszy z tekstów– to typowa dla tej autorki jazda na krawędzi – czyli bierzemy autora, po którym można sobie bezkarnie i super łatwo poskakać ( AFO, Wiśniewski, Cejrowski itp.), piszemy, że wsteczny konserwatywny i co już naprawdę trudne do zniesienia – ceniący te (straszne!) wartości rodzinne. Czyli kozy na pochyłe drzewa robią hop hop hop.

Jednocześnie kilkanaście stron dalej Orliński pisze we wstępie do swojego wywiadu z autorem „Kodu da Vinci”, że oto bardzo lubi książki Dana Browna, ponieważ – UWAGA! – czyta je „zgodnie z ich przeznaczeniem”. A przeznaczeniem takich książek jest dostarczenie lekkiej i łatwej rozrywki. Aha.

Powieść pani Ficner Ogonowskiej przeczytałam z poczucia zawodowego obowiązku, chcąc wiedzieć o co tyle hałasu. Jak dla mnie kompletnie o nic, bo książka ogromnie mnie znudziła po pierwszych czterech stronach i brnęłam przez nią z niechęcią, czując , że ewidentnie nie jestem grupą docelową. Jednakowoż mój, delikatnie rzecz ujmując, brak entuzjazmu nic nie znaczył, bo nie sposób udawać, że nie ma takich czytelników ( setek tysięcy?) którzy najpewniej czytają jej książki zgodnie z ich przeznaczeniem. Czytają je szukając odpowiadającej im lekkiej rozrywki, pozwalającej im, tak jak „Kod da Vinci” Orlińskiemu, przetrwać długą podróż pociągiem, lub kolejkę do dentysty.

Może przed napisaniem takiego tekstu w którym miażdży się autorkę m.in. za to kim jest („Bo Ficner-Ogonowska ma męża i dwoje dzieci  I jest nauczycielką. To ważne informacje – autorka jest spełniona, ma prawo uczyć Polaków, jak osiągnąć szczęście. Pisanie zawsze będzie jej pasją, nie zawodem. Wiadomo, profesjonalne pisarki są podejrzane i niedostępne. Ficner-Ogonowska to dziewczyna z sąsiedztwa.” – pisze Szybowicz) warto pomyśleć jaka jest rola romansu? I czy naprawdę ich pisanie i czytanie powinno być obłożone sankcjami typu ekskomunika?

Pamiętacie państwo takie koszulki z hasłem „Nie płakałem po papieżu”? Chyba sobie zrobię koszulkę z napisem „ Czytałam Ficner Ogonowską”.

Łączę wiele niskich ukłonów.

Anna Dziewit Meller

 

8 Komentarze

  1. Dzielenie kultury lub literatury na wysoką lub niską moim zdaniem mija się z problemem, mianowicie z brakiem nawyku czytania książek w ogóle.

    Pisanie książek i ich dystrybucja zgodnie z argumentacją teleologiczną (zgodnie z celem lub przeznaczeniem) nie jest całkiem bez sensu. Po pierwsze trzeba się pogodzić z tym, ze są na świecie ludzi, którzy czytają taką literaturę i to nie zmienia ich w coś gorszego. Być może u niektórych takie czytanie działa terapeutycznie. Jak już chcą się ogłuszać to niech czytają a nie oglądają telewizję.

    Po drugie biorąc pod uwagę założenie marketingowe wydawnictw i sytuację gospodarczą plus słaby nawyk czytania przez Polaków, promowanie i dystrybucja książek adresowanych do miłośników romansów i generalnie lekkiego czytania po prostu opłaca się. Jeśli wydawnictwo zarabia na literaturze popularnej wystarczająco, aby móc wydać i promować coś bardziej ambitnego, to według mnie ostatecznie realizuje swoją „misję”.

    Teraz rozpatrując to, co pewne instytucje (gazety, portale, magazyny kulturalne) promują przez tak zwaną „listę bestsellerów” można się zastanowić dokąd zmierzają, bo być może promują przeważnie literaturę popularną lub lekką. Zazwyczaj współpracują z wydawnictwami, które walczą od wielu lat w niesprzyjających warunkach. Ręka rękę myje.

    Podsumuję myślą, że problem czytania (jego brak lub słabe wybory) leży w systemie edukacji i w wychowaniu. One grają dużą role w wyrobieniu nawyków także tych intelektualnych.

    Pozdrawiam :)

  2. Dobry, mocny tekst. Czułam się zażenowana czytając tekst na temat/o/przeciwko AFO. I mam tak za każdym razem, kiedy kupuję „Książki” – liczę, że numer będzie lepszy niż poprzedni. A nigdy nie jest. Szkoda, że to jedyne masowe czasopismo o literaturze.

  3. Nie czytałam jeszcze tego tekstu, ale tak sobie myślę, że to normalne, że książki analizuje się pod kątem ujęcia motywów literackich – z jakiego punktu widzenia przedstawiony jest np. dom, kto wybiera obraz konserwatywny, kto niekonserwatywny, co przeważa i co to nam mówi o społeczeństwie. Podczas studiów sporo się tego naczytałam i zawsze mnie to interesowało.

    Podoba mi się idea Waszego bloga, ale zastanawiam się czy teraz krytykowanie już będzie w ogóle niedozwolone? Lubię czasem czytać lekkie książki, ale domagam się rozrywki na wysokim poziomie. Nie chcę byle jak skrojonych książeczek, które z powodu swojego sukcesu komercyjnego są nagle sprzedawane w wydawnictwach, które do tej pory szczyciły się wydawaniem co najmniej przyzwoitych powieści. I nie mam tu na myśli Ficnej-Ogonowskiej, której akurat nie czytałam, a inną autorkę Znaku, która wzbudza znaczenie więcej kontrowersji. I bardzo chętnie przeczytałabym krytykę jej książek z punktu widzenia feministycznego – to co autorka owa wypisuje, aż prosi się, by wziąć to na warsztat.

  4. Ponadto czy to jest absolutnie obojętne co będziemy czytać? Moim zdaniem czasem lepiej odpuścić infantylną bajeczkę i pooglądać sobie Meryl Streep :-).

    • Ha! jest wiele racji w tym co Pani pisze. Jednak nie o namawianie do czytanie średniej jakości książek nam idzie, lecz o pewną sprawiedliwość i uczciwość krytyków w pisaniu o książkach z segmentu „literatura środka”. Widzimy pewne prawdiłowości – literatura pisana przez kobiety z założenia jest rzadziej omawiana- a mamy dużo DOBRYCH autorek, zaś jeśli już się nad nią ktoś pochyla to robi to jak pani Szybowicz. Odsyłam do pierwszego baaaaardzo dlugiego wpisu na blogu – tam wszystkie nasze argumenty są klarownie wyłożone:) Serdeczności. Anna

      • Witam,
        pierwszy wpis przeczytałam z zainteresowaniem i właściwie zgadzałam się w całej rozciągłości, dlatego ten o Ficner – Ogonowskiej mnie tak mierzi. Dzisiaj udałam się do salonu prasowego by przeczytać ten wpis Szybowicz i przyznaję, że bardzo mi się podobał. Tytuł tekstu: „Jak łatwo i szybko zarobić…” traktuję jako bardzo niesprawiedliwy i dyskredytujący jej niewątpliwą pracę.

        Tekst o tym, że Ficner-Ogonowska jest żoną, matką i nauczycielką traktuję nie jako zarzut czy krytykę, a omówienie strategii marketingowej wydawcy – i to jest w sumie dla nas ciekawa informacja albo pytanie pod rozwagę: czy ciągle potrzebujemy tego jako społeczeństwo, by kobieta działalnością artystyczną zajmowała się tylko mimochodem? Czy wówczas wydaje się być osobą na swoim miejscu i taka jakby cieplejsza niż artystka pełną gębą? Z jakiś powodów wydawca postanowił akurat te jej cechy szczególnie eksponować.

        Zgadzam się z tym, że o literaturze pisanej przez kobiety powinno się więcej pisać i wybierać te naprawdę dobre pisarki. Ale ja jako czytelniczka potrzebuję też takich tekstów – w końcu wybieram książki nie tylko dla siebie, ale również dla siostry, cioci, mamy – zupełnie różne od tego, co czytam na co dzień. Nie chcę się nabrać na jakiś bubel tylko dlatego, że wydawca użyje skutecznych sztuczek marketingowych. To zupełnie co innego, gdy sięgam po „czytadło”/”odmóżdżacza” świadomie i dla rozrywki, a co innego, gdy jest mi on wciskany jako literatura najwyższych i odkrycie literackie. Takie teksty jak ten Szybowicz stanowią czasem odtrutkę na te przesłodzone strategie marketingowe wydawców.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.