Nasz manifest w sprawie polskiego nieczytania.

ALICE MUNRO NIE MIAŁABY U NAS SZANS

(Tekst opublikowany w Gazecie Wyborczej 9. stycznia 2014 roku)

Rzemiosło w fachu pisarskim jest w Polsce uparcie deprecjonowane na rzecz poszukiwania wieszcza

”Wam, pieśni, ludzkie oczy, uszy niepotrzebne; -/ Płyńcie w duszy mej wnętrznościach, / Świećcie na jej wysokościach” – mówił Konrad w Wielkiej Improwizacji, nie wiedząc, że jego wypowiedziane w wieku XIX słowa określą stosunek do literatury w Polsce w wieku XXI.

Wciąż jeszcze nie możemy się uporać z przekonaniem wbitym przez Mickiewiczowskiego bohatera w podświadomość, iż prawdziwy wieszcz jest ponad ludem i pozostaje przezeń niezrozumiany (a więc z pewnością także nieczytany, za to wybitny). Mentalnie tkwimy w paradygmacie głoszącym, że wielka literatura może być doceniona tylko przez garstkę intelektualistów znajdujących się na podobnych wyżynach jak sam autor. Bo już raczej nie autorka – szowinizm w polskiej dyskusji o literaturze ma się naprawdę świetnie.

”Nie da się z gówna zrobić coś” – pisze arogancko literat o popularnych, choć rzeczywiście nie najwyższych lotów powieściach polskiej pisarki i liczni koledzy po piórze przyklaskują mu radośnie, bo słusznie dowalił babie. ”Girl power” -podsumowuje recenzent świetną sprzedaż książek noblistki po osiemdziesiątce Alice Munro, dodając rezolutnie, że jej genialna, pełna niuansów proza odpowiada na te same pytania co popularna literatura kobieca: ”Na czym polega spełnienie? Co jest ważniejsze – kariera czy miłość? I czy można mieć wszystko?”. Tak prosto jest u Alice Munro, drodzy państwo, bo czegóż innego można się spodziewać po literaturze pisanej przez kobietę

Wiadomo, wszystkie pisarki, nawet sędziwe noblistki, to po prostu ”girlsy” i piszą o jednym. Co innego wielcy i poważni autorzy poruszający niezwykle ważne tematy i wyrażający swoje myśli poprzez wyszukaną frazę. Podstawowym kryterium oceny każdej książki polskiego autora jest oryginalność i zawiłość językowa, tak jakby wszystkie dzieła literackie powstawały po to, by udowodnić, że pisarz ma bogate i wyszukane słownictwo. Mniejsza o to, czy ma też coś do powiedzenia.

Z powyższych względów, gdyby Alice Munro była autorką rodzimą, polską, nie miałaby szans na przychylność polskich recenzentów. Pisze zbyt prostym językiem. Podobnie rzecz się ma z Zadie SmithJoyce Carol Oates i Margaret Atwood. W Polsce ratuje je to, że nie tworzą w naszym ojczystym języku i pochodzą z Zachodu, wobec którego nadal mamy kompleksy.

Swoją drogą, jak zaszufladkować w typowo polskim stylu taką Zadie Smith? Wysoka to literatura czy ”kobiecy pop”? Pytanie staje się trudniejsze, jeśli wziąć pod uwagę, że kilka spośród książek Smith to w warstwie konstrukcyjnej dość tradycyjne powieści, które w dodatku bywają bardzo zabawne i które pochłania się jednym tchem. Chciałoby się zatem zepchnąć kobitę w pop, ale jak to zrobić, skoro wykłada na Harvardzie?

***

Przyjrzyjmy się zatem literaturze zagranicznej, którą już jednoznacznie można zaliczyć do gatunku lżejszej. Czy to nie jest aby nieco neurotyczne, że jesteśmy w stanie zachwycać się Larssonem i MankellemNesbo i Marklund, ale już nie ich polskimi odpowiednikami? Miłoszewski uwiera wielu polskich krytyków. Jak tu wypowiedzieć się dobrze o tej dobrze napisanej, a w dodatku nierzadko poruszającej istotne tematy prozie gatunkowej, skoro liczącym się polskim krytykom nie wypada pisać o literaturze popularnej?

Polskie ”literackie ksenofobie”, które tak celnie nazwała i opisała na stronach ”Dziennika Opinii Krytyki Politycznej” Kaja Malanowska, paraliżują polski rynek literacki:

”W naszym myśleniu o tym, czym współczesne pisarstwo być powinno i czego od niego oczekujemy, wznieśliśmy barykadę: po jednej stronie stoi KarpowiczBator,Bargielska/a>, Myśliwski, po drugiej KalicińskaĆwiek, Grochola i Miłoszewski. Jednych pisarzy traktujemy z szacunkiem i podziwem, tymi drugimi pogardzamy, a w najlepszym razie ich lekceważymy. Na uczucia pośrednie i mniej radykalne opinie miejsca brak”

Pogardliwe podejście do popliteratury i kompletne lekceważenie literatury środka (której w Polsce bardzo brakuje, jak zauważyła w ”Wyborczej” Dorota Wodecka) tworzą wielką dziurę na rynku: pisarze, wiedząc, co ich czeka, gdyby nie daj Boże zabrali się do tego rodzaju literatury, wolą asekurancko wskoczyć piętro wyżej i czynią to z najróżniejszym skutkiem, czasem gorszym, niż gdyby zostali tam, gdzie są. A szkoda, bo być może właśnie rozkwit literatury środka, czyli takiej, która jest przystępna, ale zarazem ma ambicję poruszania istotnych tematów i poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania, wpłynąłby pozytywnie na beznadziejny dziś stan polskiego czytelnictwa.

Na razie tkwimy w przedziwnym szpagacie intelektualnym. Określenie ”pisarz popularny” to niemal policzek dla autora polskiego, ale szalejemy z zachwytu i podziwu, gdy na polskim rynku ukazuje się ”Trafny wybór” J.K. Rowling - typowy przykład dobrej literatury środka, którą Wojciech Orliński określił mianem ”najlepszej polskiej powieści 2012 roku”, wyjaśniając przy tym, że ”więcej tam znajdziemy prawdy o dzisiejszej Polsce niż u rodzimych autorów”

***

Sytuacja to dość patowa, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że charakterystyczną cechą współczesnej kultury, w tym także literatury, jest mieszanie się i przenikanie gatunków oraz zacieranie wyraźnych granic oddzielających to, co niskie, od tego, co wysokie. To z tego powodu Umberto Eco napisał ”Imię róży”, a Olga Tokarczuk”Prowadź swój pług przez kości umarłych”.

Inni pisarze z ”wyższej półki” także coraz chętniej sięgają po konwencje rodem z kultury masowej (nagrodzona Nike powieść Joanny Bator czerpie z poetyki horroru), więc skoro kultura masowa, bardziej i mniej ambitna, ale koniecznie sprawna warsztatowo i odkrywcza, może być inspirująca dla ”kulturowej góry”, może warto poświęcić jej więcej uwagi i nabrać choć odrobinę szacunku dla dobrego literackiego rzemiosła?

Na razie rzemiosło w Polsce doceniane jest na poziomie dobrze wykonanych mebli czy garnituru szytego na miarę, ale rzemiosło w fachu pisarskim jest uparcie deprecjonowane na rzecz poszukiwania wieszcza. Tymczasem świetnie napisana powieść gatunkowa, trafiająca do rzeszy czytelników, w niczym nie ustępuje swobodnemu strumieniowi świadomości autora tzw. literatury wysokiej. Ponadto istotnym, a kompletnie w Polsce zapomnianym walorem dobrych powieści czytanych przez wielu czytelników jest demokratyczny aspekt ich recepcji, ów obśmiewany przez wyższą półkę fakt, iż trafiają do ludu. Książki, które są czytane przez wielu ludzi, mogą zmieniać świadomość społeczną i wywoływać debatę. W Szwecji to kryminały Stiega Larssona przyczyniły się do dyskusji na temat często wypieranych ze zbiorowej świadomości dzisiejszych problemów tego kraju.
***

”Zamiast uszczelniać granice pomiędzy tym, co masowe, a tym, co elitarne, pomiędzy rzemiosłem a talentem, konwencją i sztuką – powinniśmy je otworzyć, docenić literaturę popularną, zacząć ją obserwować i rozpocząć z nią dialog. Wciąż wiele możemy się od niej nauczyć” – pisze Kaja Malanowska.

Dołączamy się do jej apelu, domagając się przy tym więcej miejsca w mediach na recenzje książek (najwyższa już pora, aby ”czwarta władza” wzięła na siebie część odpowiedzialności za promocję czytelnictwa w kraju), prowadzenie poważnej dyskusji o literaturze, w której unika się prostego szufladkowania autorów i autorek oraz zwykłego obrzucania inwektywami, za to pogłębia wiedzę czytelników na temat różnorodności literatury (także tej gatunkowej).

Uważamy także, że w kraju, w którym nieustannie podważana jest zasadność debaty genderowej, a sytuacja kobiet pozostawia wiele do życzenia, szczególnie ważne jest, by traktować literaturę pisaną przez kobiety, a także tę, która o kobietach traktuje, nie jako ”literaturę kobiecą” (to znaczy przeznaczoną tylko dla kobiet), ale taką, która mówi o doświadczeniu egzystencjalnym połowy ludzkości i ma dokładnie taką samą wartość jak książki opisujące świat z perspektywy męskiej.

*Anna Dziewit-Meller - pisarka, dziennikarka; *Remigiusz Grzela - dziennikarz, pisarz;*Joanna Laprus-Mikulska - dziennikarka, wydawca, fundacja Age of Reading;*Grażyna Plebanek - pisarka, felietonistka, dziennikarka; *Katarzyna Tubylewicz - publicystka, tłumaczka

Nasz tekst uruchomił dyskusję – wszystko znajdziecie tutaj:

Monik Rowińska: Biblioteki szkolne traktowane są jak balast

Piotr Kofta, Anna Kałuża: Kulturowa i (handlowa) wojna

Magdalena Miecznicka, Grzegorz Wysocki: W Polsce literatura służy temu, żeby dobrze wypaść

Piotr Kępiński, Inga Iwasiów: Literatura dzieli się na ogólną i kobiecą?

Kaja Malanowska, Czas entuzjastek

Kinga Dunin, Prawdziwa powieść

Kinga Dunin: Dlaczego nie ma polskiej Munro?

Kaja Malanowska, Literackie ksenofobieKatarzyna Tubylewicz, Rynkowy wygwizdów

Justyna SobolewskaKsiążka = antytowar?

Zaś by podsumować debatę, piszemy w Krytyce Politycznej tak:

NA CZYTELNICZYM DNIE

(tekst ukazał się 15. lutego 2014 w Dzienniku Opinii)

Za promocję czytelnictwa odpowiedzialni jesteśmy my wszyscy, którzy czytamy – piszą Anna Dziewit-Meller, Remigiusz Grzela, Joanna Laprus-Mikulska, Grażyna Plebanek, Katarzyna Tubylewicz.

Tekst Kai Malanowskiej o polskich „literackich ksenofobiach” oraz nasz manifest Alice Munro nie miałaby u nas szans wywołały pierwszą od dawna burzliwą dyskusję o literaturze. Bardzo dobrze – tego chcieliśmy. Emocji było, jak to u nas, sporo, no i zdania, rzecz jasna dramatycznie podzielone (choć  może nie tak bardzo, jak zapowiadały to pierwsze zdania polemik). W każdym razie na pewno zgodziliśmy się ze sobą co do kilku kwestii:

Po pierwsze w Polsce czytanie książek zarezerwowane jest dla nielicznych, o czym świadczą nie tylko zatrważające statystyki, ale także sposób, w jaki się o literaturze pisze i dyskutuje w kręgach książkolubnych. Nie ma powszechnej mody na czytanie, a ci, którzy nadal coś tam czytają, z jednej strony ubolewają nad upadkiem czytelnictwa w społeczeństwie, ale z drugiej – trochę im też do twarzy z poczuciem własnej wyjątkowości i chyba chcieliby ją sobie zachować.

Ma to także wymiar klasowy, o czym wspomniała w komentarzu do jednego z tekstów Agnieszka Graff, zwracając uwagę na to, że na Zachodzie czyta się masowo i może także dlatego na tamtejszych rynkach literackich dominuje dobry, wciągający czytelnika realizm, a w Polsce w czytaniu chodzi raczej o podkreślenie własnej elitarności: „W Polsce czytają niemal wyłącznie inteligenci i robią to w dużej mierze po to, żeby swoją inteligencką przynależność przypieczętować – wie się, że teraz wypada mieć to czy tamto przeczytane, to się czyta. Te mody oparte są na dystynkcji raczej niż przyjemności – dlatego takie znacznie ma formalne nowatorstwo” – pisze Graff i wydaje nam się, że ujmuje sedno zjawiska, o którym wspominali też m.in. Grzegorz Wysocki i Magdalena Miecznicka.

Po drugie zastanawiającą polską specyfiką jest niepotrzebna nerwowość, z jaką wiele osób oczytanych i o książkach się wypowiadających reaguje na hasło „literatura popularna”. Rzecz dałoby się ująć prosto i w duchu równościowym: literatura taka również jest potrzebna, bo różni są czytelnicy i ich literackie gusta, a żeby była strawna, powinna być dobrze napisana i nadawać się do poczytania bez przeżywania katuszy z powodu błędów stylistycznych (oznacza to, że literatura popularna także, a może nawet szczególnie potrzebuje dobrych redaktorów i redaktorek).

Całkowite lekceważenie literatury popularnej jest krótkowzroczne i to z paru względów. Po pierwsze, aby wydawnictwa było stać na inwestowanie w autorki i autorów trudnych i piszących dla wybranych, powinny mieć też dobrych autorów popularnych, na których zarobią pieniądze. Po drugie, literatura popularna utrzymana na przyzwoitym poziomie i oferująca inteligentną rozrywkę może dla wielu ludzi stanowić pierwszy krok do czytania rzeczy bardziej ambitnych.

Co ciekawe, kompletne niezrozumienie potrzeby dobrego popu dotyczy w Polsce tylko i wyłącznie literatury. W świecie filmu flirt wybitnego reżysera z kulturą masową na wysokim poziomie to sprawa dobrze rozumiana i akceptowana.

Agnieszce Holland nikt nie będzie wyrzucał, że zrobiła serial. Można też bez większych problemów przeskoczyć z komercji w sztukę, co zrobił Władysław Pasikowski. Tymczasem na salonach literackich (o ile takowe istnieją) wciąż jeszcze walczy się o zachowanie kanonu oraz uszczelnianie granic i sporą władzę mają środowiskowe snobizmy.

Po trzecie w Polsce powstaje dziś zaskakująco mało dobrych, realistycznych powieści, a pojęcie literatury środka, czyli ambitnej, ale zarazem przystępnej literatury z półki „middlebrow” właściwie nie jest używane i rozumiane (mówisz ludziom „środek”, a oni słyszą „pop” i zaczynają dyskutować o Małgorzacie Kalicińskiej). Współistnienie tych dwóch zjawisk: braku realistycznych powieści i braku zrozumienia pojęcia literatury środka nie jest przypadkiem, bo zachodnia literatura środka to właśnie dobre, realistyczne powieści. Ambitnymi autorkami środka są na przykład Margaret Atwood i Joyce Carol Oates. Środek to także Zadie Smith czy Kiran Desai. W Polsce do literatury środka można zaliczyć przykładowo Dorotę Terakowską, Józefa Hena, Zytę Rudzką, Monikę Rakusę czy Annę Bolecką.

Po czwarte w Polsce wciąż panuje przekonanie że, jak to ujęła Inga Iwasiów, „literatura pisana przez kobiety jest gorsza. Tym samym męskie jest elitarne, kobiece popularne”. Szowinizm ujawnia się nie tylko wtedy, gdy dobra powieść środka napisana przez kobietę automatycznie ląduje w szufladce na literaturą lżejszą. Widoczny jest także, gdy książki opisujące „męski świat”  recenzowane są jako takie, które ukazują uniwersalne prawdy o ludzkiej egzystencji, podczas gdy powieści napisane przez kobiety, których bohaterkami także są kobiety, nie są nawet przez krytyków czytane (tu jeszcze raz pozwolimy sobie podkreślić, że pisząc o książkach napisanych przeze kobiety, NIE MAMY NA MYŚLI JEDYNIE LITERATURY POPULARNEJ).

Cóż, nawet polscy oczytani i lewicujący intelektualiści o pozornie feministycznych poglądach wychowali się w jednym z najbardziej patriarchalnych i konserwatywnych krajów Europy, więc zasada wykluczania kobiet działa tu wręcz automatycznie (jest zapisana gdzieś w podświadomości i dobrze byłoby sobie z tego nareszcie zdać sprawę).

Czasami trzeba dokonać świadomego wysiłku, by zacząć promować pisarki, a nie tylko kolegów po piórze, a do tego przestać uparcie powtarzać, że literatura pisana przez kobiety to Kalicińska, Kalicińska, Kalicińska…

Odpowiedzialność zbiorowa

Rozwiązanie polskiego problemu upadku czytelnictwa nie leży jednak w gestii krytyki literackiej, co do tego nie mamy żadnej wątpliwości. Odpowiedzialność za to, że wylądowaliśmy na czytelniczym dnie, jest zbiorowa, a los krytyków jest w gruncie rzeczy nie do pozazdroszczenia, bo miejsce na recenzje książek i dyskusję o literaturze w polskich mediach kurczy się z dnia na dzień.

Dlatego te 39 procent społeczeństwa, które jeszcze coś czyta, a szczególnie 11 procent takich, którzy czytają więcej niż sześć książek rocznie, ma dziś w Polsce wiele do zrobienia, by promować książki we wszystkich (a nie tylko wybranych) grupach społecznych.

Zresztą naprawdę nie chodzi o to, by wszyscy pisarze pisali jedną książkę, ani o to, by wszystkie nagrody literackie były przyznawane jednemu typowi prozy (czekamy z utęsknieniem na nagrodę dla polskiej powieści). Siłą największych na świecie rynków literackich jest ich różnorodność.

Jest jak jest. Minister kultury chyba nigdy w życiu nie sfotografował się z książką w ręku (jeśli mylimy się w tej kwestii, to BARDZO prosimy o takie zdjęcie!), a samo ministerstwo wspiera wprawdzie zakupy nowości dla bibliotek, ale już wśród jego stypendystów pisarze i pisarki stanowią rzadkość, a w ministerialnym programie dotacyjnym Promocja literatury i czytelnictwa – priorytet 2 zwyczajowo poległy instytucje dla promocji czytelnictwa najważniejsze, czyli biblioteki. W typowo bombastycznym stylu ministerialnym największe pieniądze poszły na duże festiwale literackie w dużych miastach. Wnioski małych podmiotów – w tym przede wszystkim bibliotek gminnych miejskich i powiatowych zostały rozpatrzone negatywnie. Jak powiedziała nam pani Monika Machowicz z biblioteki publicznej w Krośnie: „Niemal programowo zabiera się szanse mniejszym ośrodkom na aktywne działania okołoliterackie. Większość bibliotek może tylko pomarzyć, żeby móc na promocję czytelnictwa przeznaczyć kwotę choćby 20 tys. złotych”.

Cóż, polskie władze nie wierzą w działalność pozytywistyczną, lubią za to rzucić dużą kasą ot tak, gdzie popadnie. Poza ministerstwem są też jednak w Polsce ludzie, którzy mają jakąś władzę, którzy decydują,  czy wyda się samorządowe pieniądze na kolejny basen, czy na bibliotekę, od których zależy zawartość programów telewizyjnych albo to, co wypełni strony gazet i tygodników. Wszędzie brakuje miejsca na książki. Nawet tam, gdzie powinno się znaleźć, bo kurcząca się liczba papierowych stron nie stanowi żadnego problemu. Dobrym przykładem może być tu internetowy portal, który miał być polskim „Huffington Post” i który szczyci się tym, że prowadzą na nim swoje blogi znani pisarze i ludzie kultury, a zarazem nie  posiada ani działu „Kultura”, ani działu „Książki”..

Promocją czytelnictwa mogłoby się zająć w Polsce bardzo wielu ludzi. Ktoś może zostać pierwszym dyrektorem korporacji, który zamiast wywalać kasę na kolejną imprezę integracyjną, zafunduje pracownikom książki. A może pojawi się gdzieś biznesmen, który uzna, że warto postawić na literaturę? Albo może w Sejmie znajdzie się w końcu garstka polityków, którzy uznają problem upadku czytelnictwa za istotniejszy od ideologicznych wojenek i potyczek? Dopóki czas ten nie nadejdzie, za promocję czytelnictwa odpowiedzialni jesteśmy my wszyscy, którzy czytamy. Wygląda na to, że musimy więc wyjść z naszych hermetycznych światów ludzi podobnie myślących i zacząć docierać z przysłowiowym „kagankiem oświaty”, gdzie tylko się da.

 

6 Komentarze

  1. Cóż, na Ministerstwo nie ma co liczyć, biorąc pod uwagę, na co idą ministerialne dotacje. Pozostają inicjatywy oddolne, takie jak ta, którym szczerze kibicuję!

    Przyszła mi do głowy myśl, której moim zdaniem w tym tekście brakuje. Chodzi o psucie rynku literatury popularnej (która przecież nie oznacza literatury złej!) czymś, co na miano literatury nawet nie zasługuje. Chodzi tu o wydawane niemal taśmowo książki, które są napisane złym językiem (przychodzi mi tu do głowy „Wilk” Katarzyny Bereniki Miszczuk – ma zadatki na „polski „Zmierzch”", niestety od strony technicznej prezentuje się tragicznie), które wydają się nie mieć za sobą nie tylko porządnej redakcji, ale nawet rzetelnej korekty. Byle szybko, byle w masy, które przyjmą nawet to, co fatalnie napisane i jeszcze gorzej zredagowane, bo przecież „miłość nie musi być pięknie napisana”. Wydaje mi się, że nie bez winy pozostają wydawcy, którzy przy dbałości o stronę finansową przedsięwzięć nie dbają kompletnie o ich wartość literacką. Nie oszukujmy się – są książki napisane dobrze (mówię tu o stronie czysto technicznej, fabuła jest rzeczą gustu) i książki napisane źle, słabym językiem, z alogiczną fabułą i rażącymi błędami rzeczowymi. Nie ma to nic wspólnego z byciem literaturą popularną/niepopularną. Niestety, wydawcy wypuszczają takie buble, licząc, że masowy czytelnik nie zauważy braku jakości. Czytelnik literatury wyższej (czy zawsze wysokiej?) jest uważany za bardziej wymagającego i jemu się takiego bubla nie podsunie.

    Efekt? Literatura popularna zaczyna być kojarzona z takimi wydawniczymi wpadkami jak „Bezdomna” Katarzyny Michalak (Michalak jako pisarka literatury popularnej radzi sobie dobrze, ale nawet jej fani uznali „Bezdomną” za książkę niedopracowaną, próbującą podjąć poważne tematy w sposób powierzchowny i wskazujący na niezdolność autorki do bycia wyrocznią w sprawach, o których pisze). Dlaczego? Ponieważ wydawca się pospieszył, byle jak najszybciej wypuścić nową książkę znanej autorki i jak najszybciej na tej książce zarobić.

    Myślę, że to też jest temat do przemyślenia w kontekście tego, jak się literaturę w Polsce traktuje.

    Jeszcze jedna myśl: ceny książek. O tym wie każdy, a ja dodam kuriozalny fakt: od jakiegoś czasu powieści Joanny Chmielewskiej czytam po rosyjsku, ponieważ bardziej mi się opłaca sprowadzać jej kryminały w tłumaczeniu bezpośrednio z Rosji (zwracam uwagę: nie z księgarni rosyjskiej w Polsce, ale z Rosji, wraz z kosztem przesyłki), niż kupować te same kryminały po polsku w najbliższym Empiku. Coś jest nie tak. Coś jest bardzo nie tak…

    Takie refleksje wywołał we mnie powyższy tekst. Trzymam kciuki i dziękuję, że są jeszcze w tym kraju ludzie, których książki obchodzą!

    Pozdrawiam,

    Joanna Krystyna Radosz

    • Ja ( Ania ) polecam – ale od razu uczciwie przyznaję, że jestem fanką tego rodzaju literatury i że nic na siłę :)

  2. Zgodzić się nie trudno. Zauważyłam, że gardzimy ludźmi, którzy czytają nie to, co wypada, a wypada tylko trudne i z górnej półki i najlepiej napisane przez mężczyzn. Poza tym nie hołubimy swoich autorów, a wszystkie inne kraje tak.

    • Bo pod tą butą najczęściej kryją się kompleksy. Dopóki rynek czytelniczy będzie zdominowany przez monopolistów dystrybucyjnych, ciężko będzie o rzetelną promocję książek.

  3. Super, że o tym piszecie. Nie tylko krytycy i „znawcy” literatury mają w pogardzie to co powszechnie uważane za lekkie. Książka/spektakl teatralny/koncert musi być z wyższej półki, musi uczyć , musi zmuszać do myślenia. Prześpiewany jest gorszy ;)
    Grey’a nie czytałam, ale co mi oceniać tych, którzy czytali.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.