REWERSY czyli literackie rozmowy

2122

„Nie ma nic nudniejszego, niż dwie osoby rozmawiające o książkach” – powiedział mi kiedyś redaktor w jednej telewizji, w której krótko pracowałam. Oznaczało to, że o książkach w programie nie będzie, bo w ogóle nie są sexy, trudno je pokazać, a pomysł, że KOGOKOLWIEK może interesować autor i jego tfu, proces twórczy, jest naiwny i po prostu głupi. Wygląda na to, że Konrad Wojtyła postanowił zamknąć swoją drogę do telewizji, bo wydał zbiór rozmów o literaturze właśnie. „Rewersy” (wyd. Instytut Mikołowski) to zapis jego spotkań z ludźmi zajmującymi się literaturą w różnych obszarach i na różnych poziomach. Są wśród nich pisarze, tłumacze oraz krytycy. Podział na dwie części: Rozmowy z pisarzami oraz Rozmowy o pisarzach wydaje się jednak podziałem umownym, bo każda z tych rozmów dotyka tego samego. Punktem wyjścia zawsze jest utwór, dzieło literackie, książka. Ten wspólny mianownik pozwala traktować „Rewersy” jako swego rodzaju podręcznik z wiedzy o literaturze współczesnej. A dobór bohaterów jest naprawdę zacny: Marek Bieńczyk, Andrzej Stasiuk, Krzysztof Varga, Stefan i Krystyna Chwin, Dariusz Bitner, Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Marek Krajewski, Kazimierz Kutz i Jerzy Ilg, Kamil Sipowicz i absolutna perła: ostatni wywiad ze Sławomirem Mrożkiem. Część druga natomiast odnosi się do twórczości Jamesa Joyce’a, Franza Kafki, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Rafała Wojaczka oraz do postaci Henryka Berezy.
Myliłby się jednak ktoś, kto oczekiwałby po „Rewersach” akademickiej rozprawy na temat kondycji współczesnej literatury. Nic z tego. Wojtyła porusza się w przestrzeni literackiej swoich bohaterów swobodnie i ze swadą. Widać, że jest w tej przestrzeni mocno zadomowiony. Sam będąc poetą posiada zapewne łatwość percepcji procesu twórczego. To może kusić, aby sprowadzić rozmowę do poziomu koterii. Tymczasem Wojtyła zachowuje granice wyznaczające gościnność i jest gospodarzem, a nie biesiadnikiem. Nie jest to łatwe, zwłaszcza w czasach żurnalowych rozmów na kanapie i sprowadzeniu popularności literatury do etykietki z napisem NAGRODA NN. Tym bardziej „Rewersy” powinny na stałe wkroczyć do świadomości jako przykład niebanalnych spotkań z literaturą dobrą, literaturą ważną, literaturą, która ma coś do powiedzenia, która wzbudza refleksje i która na przekór różnym dystrybutorom i specom od marketingu istnieje i ma się dobrze. (Joanna Laprus-Mikulska)

Molestowanie w księgarni?

„Szef powiedział, że jeśli nie przyjadę do niego na noc, to pożałuję. Pożałowałam. Zwolnił mnie dyscyplinarnie. Sprawa jest w prokuraturze.” – nie, to nie jest początek powieści. Rzecz się dzieje tu i teraz. A dokładniej w księgarni. W dzisiejszym WPROST http://www.wprost.pl/ar/477877/Ksiazkowy-przyklad-molestowania/) wstrząsający tekst o molestowaniu pracownic przez prezesa jednej z sieci księgarskiej w Polsce. Oprócz molestowania pojawia się jeszcze mobbing, inwigilacja, formatowanie pracowników oraz stworzenie własnego autorskiego systemu zdalnego ich kontrolowania. A wszystko to między regałami z książkami. Nam natomiast po przeczytaniu tego tekstu włosy stanęły dęba!
Mamy nadzieję, że prokurator zainteresuje się tą sprawą i że jeśli zarzuty okażą się prawdziwe, to człowiek, który dopuszcza się takich czynów i w taki sposób kieruje firmą znajdzie się tam gdzie jego miejsce, czyli za kratami. Powiadają, że ryba psuje się od głowy – jeśli zatem jedną z największych firm księgarskich kieruje kanalia, to jaki ma być rynek?

całość czytaj tu:
KSIĄŻKOWY PRZYKŁAD MOLESTOWANIA

Jestem skurwysynem i tak się będę zachowywał – przedstawił się nowy dyrektor operacyjny P., a kierownicy, którymi były w większości kobiety, zdrętwieli. Potem zaczęło się szkolenie, na którym dyrektor tłumaczył paniom, jak zwiększyć obroty w ich księgarniach. Bo P. został zatrudniony w firmie, by zdynamizować sprzedaż książek. Miał za sobą już epizod pracy w Empiku, z którym rozstał się niedawno. W nowej firmie krążyły o nim pogłoski, że jest zamordystą i potrafi zwolnić pracownika za byle co. Beata W. zapamiętała dokładnie to pierwsze spotkanie z nowym dyrektorem, bo najpierw długo się jej przypatrywał, a potem podszedł do niej, przykucnął przy jej stoliku i sprawdzał, jak wykonuje zlecone zadanie. Położył jedną rękę na komputerowej myszce i poruszając kursorem na ekranie, coś jej tłumaczył. – Natomiast drugą rękę szybko wsunął mi pod spódnicę i próbował ściągnąć majtki – opowiada W. – Dlaczego ja wtedy nie krzyczałam? Bo zamarłam. Tak było to nieprawdopodobne. Wiele razy się zastanawiałam, czy to naprawdę się wydarzyło. A potem było już za późno. Czy ktoś by uwierzył, że nowy dyrektor obmacuje mnie pod stołem na sali, na której trwa szkolenie dla kilkunastu osób?

BEZ RABANU

Dlaczego nowy dyrektor wybrał Beatę W.? Może dlatego, że była młodą, atrakcyjną blond pięknością. Początkowo przyjeżdżał z Warszawy do jej księgarni za dnia. Kazał oprowadzić się po sklepie, a gdy tylko nadarzała się okazja, znikał za półkami z książkami, wciskał ją w jakiś regał i próbował całować. – Kiedyś rzucił się na mnie i chciał zedrzeć rajstopy – opowiada W. Wypracowała więc technikę unikania. Tak poruszała się podczas dyrektorskich wizytacji, by unikać sklepowych zaułków i pozostawania z szefem sam na sam. Pamięta, że gdy dowiadywała się, że P. ma przyjechać, nigdy nie wkładała sukienek czy spódnic, tylko spodnie. P. też zmienił taktykę – zaczynał przyjeżdżać po zamknięciu księgarni albo przed jej otwarciem, żeby być sam na sam z kierowniczką. – I stawał się coraz bardziej napastliwy – mówi W. Jedno z ostatnich spotkań. Dyrektor P. przyjeżdża tuż przed zamknięciem księgarni. Jak sęp czeka w drzwiach. Potem mówi, że musi rozliczyć sprzedaż, i każe jej iść po schodach na górę. – A ja drżę, bo wiem, co tam się stanie – wspomina W. – Uciec nie mogę, bo to mój przełożony. Wyrzuci mnie z pracy, a ja mam kredyt do spłacenia. Idzie po schodach na górę, P. ją szarpie, przewraca na podłogę, próbuje rozbierać, tarzają się po podłodze, ale Beata W. ucieka. – Czułam się tak, jakbym była gwałcona – wspomina. – Zaczynałam drżeć na samą myśl o jego kolejnej wizycie. I wtedy zdarzył się cud. Z Warszawy dotarła informacja, że P. został zwolniony.
Jak twierdzi jeden z ówczesnych dyrektorów firmy, P. wyleciał nie za molestowanie pracownic, ale za kiepskie wyniki. – Nie potrafił zwiększyć sprzedaży – mówi. Pamięta jednak, że z księgarń docierały do zarządu skargi na mobbing. – O jego arogancji i bucie już wtedy krążyły legendy. Ludzie opowiadali, jak ich poniżał i niszczył. Słyszał pan, że on ludziom wręczał wymówienia, pisząc je na serwetkach w knajpie? – dodaje dyrektor. Jego zdaniem rada nadzorcza wiedziała o przypadkach molestowania. – Sam im o tym mówiłem i proponowałem spotkanie z dziewczyną, do której P. się dobierał – dodaje dyrektor. – Przyszła do mnie zapłakana i powiedziała, że P. ma lepkie paluchy. Odwiedzał jej księgarnię, kazał jej iść ze sobą na zaplecze i tam ją obmacywał. Proponował, że będzie ją szkolił w hotelu. Nie miałem powodu, by jej nie wierzyć. – Nikt tego nie zbadał? – Nie stawiałem sprawy na ostrzu noża – opowiada dyrektor. – Gdy P. został zwolniony, rozeszło się po kościach. Ta kobieta też odpuściła. Nie ma co robić rabanu, jeśli jego w firmie już nie ma, mówiła.

Jestem skurwysynem i tak się będę zachowywał – przedstawił się nowy dyrektor operacyjny P., a kierownicy, którymi były w większości kobiety, zdrętwieli. Potem zaczęło się szkolenie, na którym dyrektor tłumaczył paniom, jak zwiększyć obroty w ich księgarniach. Bo P. został zatrudniony w firmie, by zdynamizować sprzedaż książek. Miał za sobą już epizod pracy w Empiku, z którym rozstał się niedawno. W nowej firmie krążyły o nim pogłoski, że jest zamordystą i potrafi zwolnić pracownika za byle co. Beata W. zapamiętała dokładnie to pierwsze spotkanie z nowym dyrektorem, bo najpierw długo się jej przypatrywał, a potem podszedł do niej, przykucnął przy jej stoliku i sprawdzał, jak wykonuje zlecone zadanie. Położył jedną rękę na komputerowej myszce i poruszając kursorem na ekranie, coś jej tłumaczył. – Natomiast drugą rękę szybko wsunął mi pod spódnicę i próbował ściągnąć majtki – opowiada W. – Dlaczego ja wtedy nie krzyczałam? Bo zamarłam. Tak było to nieprawdopodobne. Wiele razy się zastanawiałam, czy to naprawdę się wydarzyło. A potem było już za późno. Czy ktoś by uwierzył, że nowy dyrektor obmacuje mnie pod stołem na sali, na której trwa szkolenie dla kilkunastu osób?

BEZ RABANU

DO KOGO DOBIERAŁ SIĘ P.
Radość nie trwa długo. W październiku 2012 r. P. wraca do firmy, ale na stanowisko prezesa. Podlegają mu jedna z największych sieci księgarń i setki pracowników. Jednym z nich jest właśnie Beata W. – Ugięły się pode mną nogi, kiedy się o tym dowiedziałam – wspomina W. P. organizuje kolejne spotkania z pracownikami. Wzywa często W. do Warszawy. Beata W.: – Zwykle było tak samo. Spotkania z prezesem P. kończyły się wieczorem, a potem ogłaszał, że chce jeszcze porozmawiać na osobności z kilkoma osobami w swoim gabinecie. I zawsze tak to ustawiał, że ja byłam na końcu. I wtedy, gdy już nikogo nie było w biurze, mógł zrobić ze mną wszystko. Bałam się tych spotkań. Kiedyś zamieniłam się z koleżanką i weszłam przed nią, ale on powiedział, że na takie zamiany się nie zgadza.

– Dlaczego?

– Bo znałam już jego sztuczki. Zamykał drzwi na klucz i kazał siąść obok siebie. I jak tylko pojawiała się możliwość, to pchał łapy i język. To było obrzydliwe, więc w czasie tych spotkań cały czas się przed nim broniłam. – Informowała pani kogoś, że jest molestowana? – Nawet mężowi bałam się powiedzieć. P. dawał do zrozumienia, że gdy się wyda, to mnie zwolni. A my mieliśmy kredyt do spłacenia. Nawet jak inne dziewczyny mówiły o podobnych przypadkach, to ja siedziałam cicho. Myślałam: pewnie mnie sprawdza. Po którejś z odpraw wróciłam roztrzęsiona do hotelu. Koleżanka z pokoju zaraz to dostrzegła i zapytała: „Czy on się do ciebie dobierał?”. Skąd wiedziała? Ona przechodziła to samo.

OFIARA NAGONKI?

– Pokażę ci, jak seksownie książki na półkach układać – powiedział P. do jednej z ekspedientek i ciągnął ją między regały. – Na naszych oczach zaczął ją obłapiać – wspomina T., kierownik księgarni. – Uciekła przed nim na zaplecze i nie chciała wyjść. Opowiada ekspedientka W. z Warszawy: – To były aluzje słowne, łapanie za biodro, ocieranie się. Jak prezes jechał do księgarni na inspekcję, to dziewczyny wychodziły z pracy albo ukrywały się za regałami, tak się go bały. A przy tym był chamski i arogancki. O słabości prezesa P. zaczęły krążyć plotki. Że lubi szatynki z mocno wymalowanymi ustami i paznokciami polakierowanymi na czerwono. – Czy władze firmy były informowane o przypadkach molestowania? – pytam jednego z ważnych dyrektorów w firmie. – Ja im o tym mówiłem – opowiada. – Czy ja mam dowody? Mam relacje osób pokrzywdzonych. We wrześniu 2013 r. Piotr Z., członek rady nadzorczej, wysyła do Hubertusa V., przewodniczącego rady nadzorczej, informację o problemach firmy. Pisze m.in. o przypadkach mobbingu ze strony najwyższych menedżerów, w domyśle P. A także o poważnych sygnałach dotyczących napaści seksualnych. „Ostatnio jeden z polskich tygodników opisał taki przypadek, nie podając nazwy firmy” – alarmował Piotr Z.

Wkrótce potem zapytałem w e-mailu Hubertusa V., czy wie, co się dzieje w firmie. „Nic mi nie wiadomo o przypadkach mobbingu – odpisał mi z Paryża Hubertus V. – Nie otrzymaliśmy żadnych informacji, jakoby postępowanie P. lub jakiegokolwiek innego menedżera nosiło znamiona mobbingu”. Kilka dni później Hubertus V. przysłał mi jeszcze jeden list, który napisało do niego siedmioro najbliższych współpracowników prezesa P. Na dwóch stronach wychwalają zalety swojego szefa i ubolewają, że stał się ofiarą nagonki. Z najważniejszych zalet prezesa P., które przytaczają w tekście: jest mądry, sprawiedliwy, nikogo nie obraża ani nie poniża, wszystkich pracowników uczy dobrej pracy i jak tylko może, to każdemu pomaga. Jeden z dyrektorów tłumaczy przewodniczącego Hubertusa V. – Przecież on reprezentuje interesy największego udziałowca, który chce jak najlepiej sprzedać firmę – mówi. – A każde zamieszanie obniża jej wycenę. W ubiegłym roku firma została jednak sprzedana, ale nic się nie zmieniło, bo P. został na stanowisku.

CZARA GORYCZY
22 lipca ubiegłego roku prezes P. wezwał Beatę W. do Warszawy. Zaprosił do swojego gabinetu i nie wypuszczał przez kilka godzin. Według W. prezes P. rzucił się na nią i kolejny raz próbował się do niej dobierać. – Napadł na mnie – opowiada W. Udało jej się wyrwać i uciec. Na koniec spotkania dostała jednak naganę. Za co? – Za to, że nie poszłam z nim do łóżka – mówi. – I wtedy przelała się czara goryczy. W. opowiada, że od tej pory zaczęła walczyć. Zanim jeszcze została zwolniona dyscyplinarnie, prezes P. zadzwonił do niej w nocy, dzień przed kolejnym spotkaniem dyrektorów regionalnych w Świdnicy. Miał dla niej ostatnią polubowną propozycję. – Powiedział, że jeśli nie przyjadę do niego na noc, to pożałuję – opowiada W. – Pożałowałam. W styczniu zwolnił mnie dyscyplinarnie.

Beata W. twierdzi, że od ostatniego spotkania z prezesem P. jest pod stałą opieką psychologa. I to dzięki niemu się przełamała. „Wielokrotnie P. molestował mnie seksualnie – napisała w doniesieniu do prokuratury. – Stanowcze przeciwstawianie się sprawcy skutkowało użyciem przez niego siły. Wręczenie nagany za unikanie kontaktu z nim, propozycje o charakterze seksualnym, wezwanie do centrali na spotkanie, podczas którego zostałam napadnięta i przetrzymywana, uniemożliwiały mi funkcjonowanie w życiu codziennym”.

EFEKT PSYCHOLOGICZNY

Naprzeciwko biurka wisi telewizor. Obraz jest dzielony, więc jednocześnie prezes może obserwować księgarnie w Krakowie, Warszawie, Łodzi czy Gdańsku. To jego ulubione zajęcie – tak opowiadali mi pracownicy firmy. – Po sklepie trzeba chodzić, bo jak się stoi za długo przy półce z książkami, to P. się denerwuje – mówi kierownik T. – Dzwoni wtedy do szefa księgarni i mówi na przykład: „Każ jej ruszyć dupę albo wypierdolić”. Prezes P. tłumaczył kiedyś kierownikowi T., jak powinien wykonać test sprawdzający przydatność swojego zespołu. Na rogu stolika zalecał ustawić dowolną liczbę książek, tak by łatwo je było strącić. Potem należy przejść obok stolika, musnąć je delikatnie, by zatańczyły na brzegu, zachwiały się i spadły. Wtedy wystarczy obserwować reakcję zespołu, by wiedzieć, kto się do pracy w księgarni nadaje, a kto się do niej nie nadaje. – Powinni pełzać, by je podnieść – wytłumaczył kierownikowi T. i dodał: – Musisz wzorować się na tych kierownikach, którzy tresują pracowników jak psy. Po co? Bo to budzi mores. Jak nie stoisz we wskazanym sektorze – nagana. Jak siedzisz, zamiast stać – nagana. Jak za późno podejdziesz do klienta – nagana. I nigdy nie wiadomo, którą księgarnię prezes obserwuje, więc bać powinni się wszyscy. – To daje efekt psychologiczny – mówi były dyrektor – bo wszyscy czują się inwigilowani.

Teraz w swoim gabinecie P. pokazuje mi, jak działa wymyślony przez niego system zdalnego kontrolowania pracowników. Na wielkim monitorze kręcą się jacyś ludzie. To księgarnia w Krakowie. Prezes opowiada, jak trudno mu postawić firmę na nogi, jak buduje zespół, w którym on jest kapitanem, a reszta powinna wykonywać zadania, by firma nie wpłynęła na mieliznę. Opowiada, ile starań musiał włożyć, żeby Beatę W. sformatować do koncernowych wymagań. Ile szkoleń, ile tłumaczeń, ile osobistego wysiłku zainwestował, by W. lepiej pracowała. I za to wszystko spotyka go oskarżenie o molestowanie. Na samą myśl o tym w podkrążonych i czerwonych oczach prezesa P. pojawiają się łzy. Potem wyjaśnia, że Beatę W. przerosły obowiązki, że zachowywała się skandalicznie i że nie miał innego wyjścia, jak ją zwolnić. Prezes P. zapewnia, że po zwolnieniu W. nie miał już z nią żadnego kontaktu. Innego zdania jest Beata W. Jeszcze zanim złożyła do prokuratury doniesienie o molestowaniu, zadzwonił jej telefon. Na wyświetlaczu pokazał się nieznany numer. Gdy podniosła słuchawkę, usłyszała tylko jedno zdanie, zanim rozmówca się rozłączył. – Chciałbym, żebyś milczała – powiedział. – I ja ten głos poznałam – mówi W. – To był on. �

IMIĘ I INICJAŁY BEATY W. ORAZ PREZESA P. ZOSTAŁY ZMIENIONE.

Babskie, czyli jakie?

Literatura kobieca w Polsce jest tematem trudnym. Przez lata traktowana jako działalność marginalna wobec dzieł WIELKICH KOLEGÓW, pomimo Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Szymborskiej i paru innych, które były zaledwie wybrykiem na literackiej mapie. Niechęć lub być może nieumiejętność spojrzenia szerzej a także zwykły szowinizm sprowadza postrzeganie literatury kobiecej do pogardliwego wzruszenia ramion: kobiece czyli babskie. Babskie czyli gorsze. Zadałam kiedyś pytanie mojej znajomej blogerce, ile razy słyszała określenie „mistrzyni prozy”, mistrzyni reportażu”. Odpowiedziała: trzy. Krall, Szejnert i Torańska. Trzy to niewiele, biorąc pod uwagę setkę książkowych premier miesięcznie. Wciąż funkcjonujący w świadomości kulturowej stereotyp postrzegania literatury kobiecej jako synonimu literatury popularnej, a co za tym idzie lekkiej, łatwej i oczywiście mniej istotnej, a jeśli już podejmującej treści ważniejsze to sprowadzonej do histeryczności (pogardliwa i krzywdząca etykieta „literatury menstruacyjnej”) skazuje ją na niedostrzeganie i niedocenienie. A w najlepszym wypadku na półkę z napisem „UWAGA! ROMANS”, gdzie w równym rzędzie ustawia się wszystko co można zapakować w okładkę w najmodniejszym odcieniu różu.
W najnowszym Newsweeku można przeczytać wywiad z Katarzyną Tubylewicz, autorką świetnych „Równieśniczek” (W.A.B) książki, która już dzisiaj stała się synonimem literatury środka. Tubylewicz opowiada o stereotypach, literaturze kobiecej i absurdach w postrzeganiu książek pisanych przez kobiety.
Newsweek: Czy książka traktująca o kobietach może mieć trudności z tym, by zostać zauważona przez krytyków?
KT: Zwłaszcza przez polskich krytyków. W Szwecji sytuacja jest akurat odwrotna. Ale w Polsce króluje przekonanie, że książka o kobietach może zainteresować jedynie czytelniczki. Czy miałoby to oznaczać, że ja jako kobieta nie zainteresuję się portretami mężczyzn w prozie Rotha czy Kruszyńskiego? To przecież kompletna bzdura… – mówi Tubylewicz. I trudno się z nią nie zgodzić, prawda?
(Joanna Laprus-Mikulska)

czytaj więcej: http://kultura.newsweek.pl/katarzyna-tubylewicz-wywiad-newsweek-pl,artykuly,345914,1.html

Książkowstrętowi mówimy: nie!

Konserwatywny kanon, szowinizm, pogarda dla pisarzy i czytelników „gorszego sortu” to najgorsze metody promocji czytania

(Tekst opublikowany w Gazecie Wyborczej 1. marca 2014 roku)

- Uwaga! Uwaga! Polski książkowstręt bije nowe rekordy! Najnowszy wynik odnotowany przez Bibliotekę Narodową to już 61 proc. nieczytających! Nasze społeczeństwo zbliża się wielkimi krokami do epokowej chwili, w której już nikt nie będzie nic czytał. I będziemy jedynym takim narodem w Europie.

Obawiamy się, że ten apel nie zmrozi już ludziom krwi w żyłach. Temat upadku czytelnictwa w Polsce coraz mniej kogokolwiek obchodzi. Szczęśliwie dyskusje o literaturze budzą jeszcze emocje i dlatego wywołał je nasz manifest (patrz ramka), w którym m.in. nawoływaliśmy do zwrócenia przez krytyków uwagi na literaturę środka i do traktowania literatury pisanej przez kobiety na równych prawach z tą pisaną przez mężczyzn (tak, chcemy artykułów o polskich „mistrzyniach prozy”).

***

Wszyscy jesteśmy wychowankami Gombrowiczowskiego profesora Bladaczki, więc biorący udział w debacie najżywiej zareagowali na pytanie, komu wolno należeć do literackiego kanonu. Chodziliśmy w końcu do szkół, w których wbito nam do głowy, że najważniejszy jest właśnie kanon i lektury obowiązkowe (w ostatnich latach przyswajane zresztą głównie w formie bryków i streszczeń).

” a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą” – grzmieli nasi nauczyciele, a to nie jest, niestety, formuła sprzyjająca miłości do czytania. Jej pokłosiem stała się także spora zachowawczość. Zbyt rzadko pozwalano nam we wczesnej młodości krzyknąć: „Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! () Nie zajmuje mnie!”.

Czytanie jest w naszym kraju zajęciem zarezerwowanym dla inteligenta, którego ma zachwycać to, co inteligenta zachwycać powinno (inaczej mógłby się zbłaźnić). Poza tym pop nie może być w Polsce sztuką! U nas są artyści i jest pop, niech nikt nie waży się niwelować różnic między tym, „co w potocznym rozumieniu określane jest jako wysokie i niskie”.

Zapomnijmy więc o takich artystach pop jak Andy Warhol, Edward Hopper, David Bowie i Peter Gabriel. I koniecznie wyrzućmy z naszych bibliotek książki Jane Austen i Aleksandra Dumasa, bo w swoich czasach reprezentowali literaturę popularną. W Polsce pop musi zachować przynależne mu podrzędne miejsce! I może to z tego powodu polska literatura popularna jest często tak fatalnie redagowana, może przez to razi stylistyczną i językową nieporadnością, której z powodzeniem mogłaby uniknąć, gdyby nie była traktowana z pogardą?

Wygląda też, że bardzo trudno jest w Polsce zrozumieć, czym miałaby być owa „literatura środka”. Ominęła nas dyskusja na ten temat, która toczyła się w pierwszej połowie XX wieku w krajach anglosaskich. To dlatego wielu polskich krytyków i czytelników, słysząc słowo „środek”, rozumie „pop”. Tymczasem środek to nie są popularne pozycje z półki „lowbrow”, czyli to, co w Polsce najchętniej określane jest mianem literatury pop. Środek to jest „middlebrow”, literatura, która jest przystępna, ale zarazem ambitna.

Również na Zachodzie nie została od razu zaakceptowana. Pastwiła się nad nią np. Virginia Woolf. Jednak dziś można zaryzykować stwierdzenie, że literatura środka jest tym dla rozwoju czytelnictwa, czym klasa średnia dla rozwoju demokracji. Demokracja nie jest możliwa bez silnej klasy średniej, a rozkwit czytelnictwa – bez dobrej literatury środka. To ona dzięki swej przystępności trafia do wielu czytelników, a że reprezentuje zarazem wysoką jakość, nie tylko bawi, ale też rozwija i zdecydowanie zwiększa apetyt na czytanie (również książek z wyższej półki, „highbrow”).

Literatura środka jest inteligentna, bywa oryginalna, w warstwie konstrukcyjnej często dość tradycyjna, ale potrafi też łamać schematy i nieobca jest jej brawura i odwaga. W literaturze tej bardzo ważna jest opowieść i dobrze zarysowane portrety ludzi. Zdecydowanie bliższy jest jej rzetelny realizm od eksperymentów formalnych i awangardowego języka.

Mówiąc szczerze, najlepszą definicję tej literatury stworzyła Kinga Dunin w tekście o tęsknocie za ”prawdziwą powieścią”. To literaturę środka cechuje „wiarygodny świat przedstawiony, tło historyczne i społeczne, fabuła wiarygodna, ale nieprzewidywalna. Dobrze zbudowane postacie. Zwroty akcji, we właściwych momentach dawkowane napięcia i emocje. Język może nie całkiem przezroczysty „.

Opis ten pasuje też do niektórych powieści z najwyższej półki i nic dziwnego, bo granica między literaturą środka a tą najwyższych lotów często się zaciera. Gdzie przynależy Joyce Carol Oates i Najprawdopodobniej i tu, i tam. Szwedzka pisarka Kerstin Ekman, która zaczynała karierę od pisania bardzo ambitnych kryminałów, dziś jest członkinią Akademii Szwedzkiej i reprezentuje półkę najwyższą

Kinga Dunin wspomina twórczość innego pisarza „highbrow” - Jonathana Franzena. Warto więc wspomnieć, że ten amerykański intelektualista (o szwedzkich korzeniach) bez wstydu przyznaje, że jako pisarz wiele się nauczył od duetu Sjöwall i Wahlöö szwedzkich autorów powieści kryminalnych,. „Z ich satyrycznego i zarazem krytycznego sposobu przedstawiania Szwecji wziąłem mój własny prześmiewczy antyamerykanizm () i to także dzięki nim jestem dumny z tego, iż w połowie jestem Szwedem” – napisał w liście do szwedzkich czytelników.

Książka? Już jedną mam: ”Jestem magistrem, nigdy nie czytam. I jestem z tego dumny”

***

Czy czytanie naprawdę powinno zachować przyznany mu w Polsce status zajęcia elitarnego, zarezerwowanego dla wąskiej grupy? Czy naprawdę tego chcemy? Czy może powinno się stać częścią codzienności zwykłych ludzi? Inteligentną formą wypoczynku, niegłupią rozrywką, przeżyciem intelektualnym dostępnym dla każdego, jak kino? Jeżeli chcemy, by Polacy zaczęli znowu czytać książki, polskie elity powinny zrozumieć, że do ich obowiązków należy edukowanie społeczeństwa i rozbudzanie miłości do słowa pisanego, i to w różnych ludziach, także tych prostszych czy może tylko bardziej zmęczonych, którzy nigdy nie sięgną po Prousta.

Promowanie czytelnictwa jest na razie jedną z tych dziedzin, z którymi państwo polskie radzi sobie najgorzej, choć wielką nadzieją dla wszystkich miłośników książek jest narodowy program ”Zakupu nowości wydawniczych do bibliotek”. Skuteczna promocja czytelnictwa to m.in. takie niby niepozorne, a przecież kluczowe działania u podstaw. Nie da się wspierać czytania bez przyzwoitej pomocy dla bibliotek i nie powinny one dostawać wsparcia jedynie w formie środków na zakup nowości. Regularnie organizowane przez biblioteki spotkania z pisarzami i inne mniejsze wydarzenia promocyjne mogą dużo więcej zdziałać niż niejeden wielki festiwal.

Niedawno ogłoszono wyniki podziału obfitego tortu, jakim jest ”Program Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Promocja literatury i czytelnictwa – priorytet 2 – Promocja czytelnictwa”. Właśnie przyznano pierwszą transzę grantów. Rzut oka na ów podział dostępny na stronach ministerstwa powoduje nieprzyjemne zdziwienie. Oto bowiem największa część tortu przypada kilku potężnym podmiotom – festiwalom literackim w dużych miastach, które otrzymały ogromne wsparcie finansowe liczone w setkach tysięcy złotych. Niestety, tym samym wnioski małych podmiotów, przede wszystkim bibliotek gminnych czy powiatowych, nie zostały rozpatrzone pozytywnie, czyli ponownie zlekceważono potrzeby zwykłych ludzi. To ten sam mechanizm, który pozwala tak łatwo i pogardliwie obśmiewać czytane przez nich książki.

Nasza konkluzja jest krótka: konserwatywny kanon, szowinizm, pogarda dla czytelników „gorszego sortu” (bo przecież nie tylko dla pisarzy) i nadmierny elitaryzm nie są najlepszymi metodami promocji czytelnictwa i przeczą etosowi inteligenta. Metody te, stosowane od lat, przynoszą kolejne rekordy w postaci rosnącej liczby ludzi z ciężkim książkowstrętem.

Nawet największe wysiłki polskiej dyplomacji kulturalnej nie mogą dać promocji „marki Polska” tyle, ile przyniósłby światowy bestseller polskiego pisarza lub pisarki. Ponieważ świat CZYTA KSIĄŻKI. Polacy zresztą też jeszcze to robią, ale można mieć wrażenie, że media i niektóre państwowe instytucje starają im się to wybić z głowy.

*Anna Dziewit-Meller - pisarka, dziennikarka; *Remigiusz Grzela - dziennikarz, pisarz; *Joanna Laprus-Mikulska - dziennikarka, wydawca, fundacja Age of Reading; *Grażyna Plebanek - pisarka, felietonistka, dziennikarka; *Katarzyna Tubylewicz - publicystka, tłumaczka

Jak zarobić wierszówkę lekko łatwo i przyjemnie.

Krótka refleksja po lekturze magazynu Książki, wydawanego przez Agorę.  W  numerze m.in. tekst Elizy Szybowicz o  Annie Ficner – Ogonowskiej i wywiad Wojciecha Orlińskiego z Danem Brownem. Pierwszy z tekstów– to typowa dla tej autorki jazda na krawędzi – czyli bierzemy autora, po którym można sobie bezkarnie i super łatwo poskakać ( AFO, Wiśniewski, Cejrowski itp.), piszemy, że wsteczny konserwatywny i co już naprawdę trudne do zniesienia – ceniący te (straszne!) wartości rodzinne. Czyli kozy na pochyłe drzewa robią hop hop hop.

Jednocześnie kilkanaście stron dalej Orliński pisze we wstępie do swojego wywiadu z autorem „Kodu da Vinci”, że oto bardzo lubi książki Dana Browna, ponieważ – UWAGA! – czyta je „zgodnie z ich przeznaczeniem”. A przeznaczeniem takich książek jest dostarczenie lekkiej i łatwej rozrywki. Aha.

Powieść pani Ficner Ogonowskiej przeczytałam z poczucia zawodowego obowiązku, chcąc wiedzieć o co tyle hałasu. Jak dla mnie kompletnie o nic, bo książka ogromnie mnie znudziła po pierwszych czterech stronach i brnęłam przez nią z niechęcią, czując , że ewidentnie nie jestem grupą docelową. Jednakowoż mój, delikatnie rzecz ujmując, brak entuzjazmu nic nie znaczył, bo nie sposób udawać, że nie ma takich czytelników ( setek tysięcy?) którzy najpewniej czytają jej książki zgodnie z ich przeznaczeniem. Czytają je szukając odpowiadającej im lekkiej rozrywki, pozwalającej im, tak jak „Kod da Vinci” Orlińskiemu, przetrwać długą podróż pociągiem, lub kolejkę do dentysty.

Może przed napisaniem takiego tekstu w którym miażdży się autorkę m.in. za to kim jest („Bo Ficner-Ogonowska ma męża i dwoje dzieci  I jest nauczycielką. To ważne informacje – autorka jest spełniona, ma prawo uczyć Polaków, jak osiągnąć szczęście. Pisanie zawsze będzie jej pasją, nie zawodem. Wiadomo, profesjonalne pisarki są podejrzane i niedostępne. Ficner-Ogonowska to dziewczyna z sąsiedztwa.” – pisze Szybowicz) warto pomyśleć jaka jest rola romansu? I czy naprawdę ich pisanie i czytanie powinno być obłożone sankcjami typu ekskomunika?

Pamiętacie państwo takie koszulki z hasłem „Nie płakałem po papieżu”? Chyba sobie zrobię koszulkę z napisem „ Czytałam Ficner Ogonowską”.

Łączę wiele niskich ukłonów.

Anna Dziewit Meller

 

Ogłoszenia parafialne

Drodzy czytelnicy, których tu już tyle (co nas wielce cieszy oraz łechce naszą próżność)! Mamy nadzieję, że w przyszłym tygodniu uda się nam uruchomić kanał na YT i wrzucać tu linki video. Zamierzamy wszak się trochę awanturować o te książki:) A tymczasem zapraszam jutro do Dzien Dobry TVN o 10.55 – moim gościem będzie Hanna Cygler (tak a propos pisarek popularnych i literatury środka). ( Anna)

Masa spadkowa po Joysie, czyli co naród czyta

Lista bestsellerów za rok 2013 opublikowana we wczorajszej Gazecie Wyborczej pod chwytliwym tytułem: sado-maso, Pan Bóg i pan Pierdziołka nie zaskakuje, bo wiadomo, że będzie o Greyu – wątpliwej (żeby nie powiedzieć szpetnej) urody bajce dla dorosłych, będzie o „Kronosie” – reklamowanym przez wydawnictwo jako największe wydarzenie literackie XXI wieku czy nowej Grocholi, która bohaterem swojej książki uczyniła mężczyznę. To przewidywalne jeśli się tylko śledziło topki w księgarniach. Nie zaskakuje również ton recenzenta, bo do tego tonu już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Nie zaskakuje, ale zasmuca ta pogarda dla wyborów niewyrobionego czytelniczo społeczeństwa. Bo cóż to społeczeństwo ciemne i głupie czyta, szanowni państwo? Oprócz takiego Dana Browna, którego wiadomo, że czytać będzie i tak, choć jest to „postmodernistyczna pulpa”. Czyta na przykład Miłoszewskiego, który razi warsztatowymi wpadkami. Albo Sapkowskiego – zaledwie literacko przyzwoitego. Albo Cabré. Z tym Cabré to jest problem. Jest co prawda niezły, ale nie wybitny przecież i nieodkrywczy. „Masa spadkowa po Joysie dostosowana do percepcyjnej wyporności czytelnika Zafóna” – jak podsumowuje błyskotliwie recenzent. 60 tys. ludzi kupiło książkę, która  „ nie zawiera odkrywczego rozpoznania europejskiej kondycji”. Po prostu skandal! Naród czyta jeszcze co prawda Myśliwskiego, Bator i Munro, ale w tych przypadkach nie ma przypadków, ponieważ zadziałały tutaj: magia nazwiska (Myśliwski), promocyjna siła nagród NIKE (Bator) oraz literackiego Nobla (Munro).

Tym razem sprawiedliwie dostało się wszystkim. Autorom zagranicznym i polskim. Kobietom i mężczyznom. Widać, że w czym jak w czym, ale w krytyce literackiej (bo nie w literaturze przecież), mamy gender. Ale dopóki o literaturze będziemy mówić w sposób pogardliwy i ex cathedra, nie dziwmy się, że 61 % społeczeństwa nie chce wziąć książki do ręki. I szanowni panowie recenzenci, nie udawajcie, że nie macie z tym nic wspólnego. (Joanna)

 

Podsumowanie literackich wyborów roku 2013 znajdziecie tutaj: 
http://wyborcza.pl/1,75517,15476854,Lista_bestsellerow_2013_roku__sado_maso__Pan_Bog_i.html

Nasz manifest w sprawie polskiego nieczytania.

ALICE MUNRO NIE MIAŁABY U NAS SZANS

(Tekst opublikowany w Gazecie Wyborczej 9. stycznia 2014 roku)

Rzemiosło w fachu pisarskim jest w Polsce uparcie deprecjonowane na rzecz poszukiwania wieszcza

”Wam, pieśni, ludzkie oczy, uszy niepotrzebne; -/ Płyńcie w duszy mej wnętrznościach, / Świećcie na jej wysokościach” – mówił Konrad w Wielkiej Improwizacji, nie wiedząc, że jego wypowiedziane w wieku XIX słowa określą stosunek do literatury w Polsce w wieku XXI.

Wciąż jeszcze nie możemy się uporać z przekonaniem wbitym przez Mickiewiczowskiego bohatera w podświadomość, iż prawdziwy wieszcz jest ponad ludem i pozostaje przezeń niezrozumiany (a więc z pewnością także nieczytany, za to wybitny). Mentalnie tkwimy w paradygmacie głoszącym, że wielka literatura może być doceniona tylko przez garstkę intelektualistów znajdujących się na podobnych wyżynach jak sam autor. Bo już raczej nie autorka – szowinizm w polskiej dyskusji o literaturze ma się naprawdę świetnie.

”Nie da się z gówna zrobić coś” – pisze arogancko literat o popularnych, choć rzeczywiście nie najwyższych lotów powieściach polskiej pisarki i liczni koledzy po piórze przyklaskują mu radośnie, bo słusznie dowalił babie. ”Girl power” -podsumowuje recenzent świetną sprzedaż książek noblistki po osiemdziesiątce Alice Munro, dodając rezolutnie, że jej genialna, pełna niuansów proza odpowiada na te same pytania co popularna literatura kobieca: ”Na czym polega spełnienie? Co jest ważniejsze – kariera czy miłość? I czy można mieć wszystko?”. Tak prosto jest u Alice Munro, drodzy państwo, bo czegóż innego można się spodziewać po literaturze pisanej przez kobietę

Wiadomo, wszystkie pisarki, nawet sędziwe noblistki, to po prostu ”girlsy” i piszą o jednym. Co innego wielcy i poważni autorzy poruszający niezwykle ważne tematy i wyrażający swoje myśli poprzez wyszukaną frazę. Podstawowym kryterium oceny każdej książki polskiego autora jest oryginalność i zawiłość językowa, tak jakby wszystkie dzieła literackie powstawały po to, by udowodnić, że pisarz ma bogate i wyszukane słownictwo. Mniejsza o to, czy ma też coś do powiedzenia.

Z powyższych względów, gdyby Alice Munro była autorką rodzimą, polską, nie miałaby szans na przychylność polskich recenzentów. Pisze zbyt prostym językiem. Podobnie rzecz się ma z Zadie SmithJoyce Carol Oates i Margaret Atwood. W Polsce ratuje je to, że nie tworzą w naszym ojczystym języku i pochodzą z Zachodu, wobec którego nadal mamy kompleksy.

Swoją drogą, jak zaszufladkować w typowo polskim stylu taką Zadie Smith? Wysoka to literatura czy ”kobiecy pop”? Pytanie staje się trudniejsze, jeśli wziąć pod uwagę, że kilka spośród książek Smith to w warstwie konstrukcyjnej dość tradycyjne powieści, które w dodatku bywają bardzo zabawne i które pochłania się jednym tchem. Chciałoby się zatem zepchnąć kobitę w pop, ale jak to zrobić, skoro wykłada na Harvardzie?

***

Przyjrzyjmy się zatem literaturze zagranicznej, którą już jednoznacznie można zaliczyć do gatunku lżejszej. Czy to nie jest aby nieco neurotyczne, że jesteśmy w stanie zachwycać się Larssonem i MankellemNesbo i Marklund, ale już nie ich polskimi odpowiednikami? Miłoszewski uwiera wielu polskich krytyków. Jak tu wypowiedzieć się dobrze o tej dobrze napisanej, a w dodatku nierzadko poruszającej istotne tematy prozie gatunkowej, skoro liczącym się polskim krytykom nie wypada pisać o literaturze popularnej?

Polskie ”literackie ksenofobie”, które tak celnie nazwała i opisała na stronach ”Dziennika Opinii Krytyki Politycznej” Kaja Malanowska, paraliżują polski rynek literacki:

”W naszym myśleniu o tym, czym współczesne pisarstwo być powinno i czego od niego oczekujemy, wznieśliśmy barykadę: po jednej stronie stoi KarpowiczBator,Bargielska/a>, Myśliwski, po drugiej KalicińskaĆwiek, Grochola i Miłoszewski. Jednych pisarzy traktujemy z szacunkiem i podziwem, tymi drugimi pogardzamy, a w najlepszym razie ich lekceważymy. Na uczucia pośrednie i mniej radykalne opinie miejsca brak”

Pogardliwe podejście do popliteratury i kompletne lekceważenie literatury środka (której w Polsce bardzo brakuje, jak zauważyła w ”Wyborczej” Dorota Wodecka) tworzą wielką dziurę na rynku: pisarze, wiedząc, co ich czeka, gdyby nie daj Boże zabrali się do tego rodzaju literatury, wolą asekurancko wskoczyć piętro wyżej i czynią to z najróżniejszym skutkiem, czasem gorszym, niż gdyby zostali tam, gdzie są. A szkoda, bo być może właśnie rozkwit literatury środka, czyli takiej, która jest przystępna, ale zarazem ma ambicję poruszania istotnych tematów i poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania, wpłynąłby pozytywnie na beznadziejny dziś stan polskiego czytelnictwa.

Na razie tkwimy w przedziwnym szpagacie intelektualnym. Określenie ”pisarz popularny” to niemal policzek dla autora polskiego, ale szalejemy z zachwytu i podziwu, gdy na polskim rynku ukazuje się ”Trafny wybór” J.K. Rowling - typowy przykład dobrej literatury środka, którą Wojciech Orliński określił mianem ”najlepszej polskiej powieści 2012 roku”, wyjaśniając przy tym, że ”więcej tam znajdziemy prawdy o dzisiejszej Polsce niż u rodzimych autorów”

***

Sytuacja to dość patowa, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że charakterystyczną cechą współczesnej kultury, w tym także literatury, jest mieszanie się i przenikanie gatunków oraz zacieranie wyraźnych granic oddzielających to, co niskie, od tego, co wysokie. To z tego powodu Umberto Eco napisał ”Imię róży”, a Olga Tokarczuk”Prowadź swój pług przez kości umarłych”.

Inni pisarze z ”wyższej półki” także coraz chętniej sięgają po konwencje rodem z kultury masowej (nagrodzona Nike powieść Joanny Bator czerpie z poetyki horroru), więc skoro kultura masowa, bardziej i mniej ambitna, ale koniecznie sprawna warsztatowo i odkrywcza, może być inspirująca dla ”kulturowej góry”, może warto poświęcić jej więcej uwagi i nabrać choć odrobinę szacunku dla dobrego literackiego rzemiosła?

Na razie rzemiosło w Polsce doceniane jest na poziomie dobrze wykonanych mebli czy garnituru szytego na miarę, ale rzemiosło w fachu pisarskim jest uparcie deprecjonowane na rzecz poszukiwania wieszcza. Tymczasem świetnie napisana powieść gatunkowa, trafiająca do rzeszy czytelników, w niczym nie ustępuje swobodnemu strumieniowi świadomości autora tzw. literatury wysokiej. Ponadto istotnym, a kompletnie w Polsce zapomnianym walorem dobrych powieści czytanych przez wielu czytelników jest demokratyczny aspekt ich recepcji, ów obśmiewany przez wyższą półkę fakt, iż trafiają do ludu. Książki, które są czytane przez wielu ludzi, mogą zmieniać świadomość społeczną i wywoływać debatę. W Szwecji to kryminały Stiega Larssona przyczyniły się do dyskusji na temat często wypieranych ze zbiorowej świadomości dzisiejszych problemów tego kraju.
***

”Zamiast uszczelniać granice pomiędzy tym, co masowe, a tym, co elitarne, pomiędzy rzemiosłem a talentem, konwencją i sztuką – powinniśmy je otworzyć, docenić literaturę popularną, zacząć ją obserwować i rozpocząć z nią dialog. Wciąż wiele możemy się od niej nauczyć” – pisze Kaja Malanowska.

Dołączamy się do jej apelu, domagając się przy tym więcej miejsca w mediach na recenzje książek (najwyższa już pora, aby ”czwarta władza” wzięła na siebie część odpowiedzialności za promocję czytelnictwa w kraju), prowadzenie poważnej dyskusji o literaturze, w której unika się prostego szufladkowania autorów i autorek oraz zwykłego obrzucania inwektywami, za to pogłębia wiedzę czytelników na temat różnorodności literatury (także tej gatunkowej).

Uważamy także, że w kraju, w którym nieustannie podważana jest zasadność debaty genderowej, a sytuacja kobiet pozostawia wiele do życzenia, szczególnie ważne jest, by traktować literaturę pisaną przez kobiety, a także tę, która o kobietach traktuje, nie jako ”literaturę kobiecą” (to znaczy przeznaczoną tylko dla kobiet), ale taką, która mówi o doświadczeniu egzystencjalnym połowy ludzkości i ma dokładnie taką samą wartość jak książki opisujące świat z perspektywy męskiej.

*Anna Dziewit-Meller - pisarka, dziennikarka; *Remigiusz Grzela - dziennikarz, pisarz;*Joanna Laprus-Mikulska - dziennikarka, wydawca, fundacja Age of Reading;*Grażyna Plebanek - pisarka, felietonistka, dziennikarka; *Katarzyna Tubylewicz - publicystka, tłumaczka

Nasz tekst uruchomił dyskusję – wszystko znajdziecie tutaj:

Monik Rowińska: Biblioteki szkolne traktowane są jak balast

Piotr Kofta, Anna Kałuża: Kulturowa i (handlowa) wojna

Magdalena Miecznicka, Grzegorz Wysocki: W Polsce literatura służy temu, żeby dobrze wypaść

Piotr Kępiński, Inga Iwasiów: Literatura dzieli się na ogólną i kobiecą?

Kaja Malanowska, Czas entuzjastek

Kinga Dunin, Prawdziwa powieść

Kinga Dunin: Dlaczego nie ma polskiej Munro?

Kaja Malanowska, Literackie ksenofobieKatarzyna Tubylewicz, Rynkowy wygwizdów

Justyna SobolewskaKsiążka = antytowar?

Zaś by podsumować debatę, piszemy w Krytyce Politycznej tak:

NA CZYTELNICZYM DNIE

(tekst ukazał się 15. lutego 2014 w Dzienniku Opinii)

Za promocję czytelnictwa odpowiedzialni jesteśmy my wszyscy, którzy czytamy – piszą Anna Dziewit-Meller, Remigiusz Grzela, Joanna Laprus-Mikulska, Grażyna Plebanek, Katarzyna Tubylewicz.

Tekst Kai Malanowskiej o polskich „literackich ksenofobiach” oraz nasz manifest Alice Munro nie miałaby u nas szans wywołały pierwszą od dawna burzliwą dyskusję o literaturze. Bardzo dobrze – tego chcieliśmy. Emocji było, jak to u nas, sporo, no i zdania, rzecz jasna dramatycznie podzielone (choć  może nie tak bardzo, jak zapowiadały to pierwsze zdania polemik). W każdym razie na pewno zgodziliśmy się ze sobą co do kilku kwestii:

Po pierwsze w Polsce czytanie książek zarezerwowane jest dla nielicznych, o czym świadczą nie tylko zatrważające statystyki, ale także sposób, w jaki się o literaturze pisze i dyskutuje w kręgach książkolubnych. Nie ma powszechnej mody na czytanie, a ci, którzy nadal coś tam czytają, z jednej strony ubolewają nad upadkiem czytelnictwa w społeczeństwie, ale z drugiej – trochę im też do twarzy z poczuciem własnej wyjątkowości i chyba chcieliby ją sobie zachować.

Ma to także wymiar klasowy, o czym wspomniała w komentarzu do jednego z tekstów Agnieszka Graff, zwracając uwagę na to, że na Zachodzie czyta się masowo i może także dlatego na tamtejszych rynkach literackich dominuje dobry, wciągający czytelnika realizm, a w Polsce w czytaniu chodzi raczej o podkreślenie własnej elitarności: „W Polsce czytają niemal wyłącznie inteligenci i robią to w dużej mierze po to, żeby swoją inteligencką przynależność przypieczętować – wie się, że teraz wypada mieć to czy tamto przeczytane, to się czyta. Te mody oparte są na dystynkcji raczej niż przyjemności – dlatego takie znacznie ma formalne nowatorstwo” – pisze Graff i wydaje nam się, że ujmuje sedno zjawiska, o którym wspominali też m.in. Grzegorz Wysocki i Magdalena Miecznicka.

Po drugie zastanawiającą polską specyfiką jest niepotrzebna nerwowość, z jaką wiele osób oczytanych i o książkach się wypowiadających reaguje na hasło „literatura popularna”. Rzecz dałoby się ująć prosto i w duchu równościowym: literatura taka również jest potrzebna, bo różni są czytelnicy i ich literackie gusta, a żeby była strawna, powinna być dobrze napisana i nadawać się do poczytania bez przeżywania katuszy z powodu błędów stylistycznych (oznacza to, że literatura popularna także, a może nawet szczególnie potrzebuje dobrych redaktorów i redaktorek).

Całkowite lekceważenie literatury popularnej jest krótkowzroczne i to z paru względów. Po pierwsze, aby wydawnictwa było stać na inwestowanie w autorki i autorów trudnych i piszących dla wybranych, powinny mieć też dobrych autorów popularnych, na których zarobią pieniądze. Po drugie, literatura popularna utrzymana na przyzwoitym poziomie i oferująca inteligentną rozrywkę może dla wielu ludzi stanowić pierwszy krok do czytania rzeczy bardziej ambitnych.

Co ciekawe, kompletne niezrozumienie potrzeby dobrego popu dotyczy w Polsce tylko i wyłącznie literatury. W świecie filmu flirt wybitnego reżysera z kulturą masową na wysokim poziomie to sprawa dobrze rozumiana i akceptowana.

Agnieszce Holland nikt nie będzie wyrzucał, że zrobiła serial. Można też bez większych problemów przeskoczyć z komercji w sztukę, co zrobił Władysław Pasikowski. Tymczasem na salonach literackich (o ile takowe istnieją) wciąż jeszcze walczy się o zachowanie kanonu oraz uszczelnianie granic i sporą władzę mają środowiskowe snobizmy.

Po trzecie w Polsce powstaje dziś zaskakująco mało dobrych, realistycznych powieści, a pojęcie literatury środka, czyli ambitnej, ale zarazem przystępnej literatury z półki „middlebrow” właściwie nie jest używane i rozumiane (mówisz ludziom „środek”, a oni słyszą „pop” i zaczynają dyskutować o Małgorzacie Kalicińskiej). Współistnienie tych dwóch zjawisk: braku realistycznych powieści i braku zrozumienia pojęcia literatury środka nie jest przypadkiem, bo zachodnia literatura środka to właśnie dobre, realistyczne powieści. Ambitnymi autorkami środka są na przykład Margaret Atwood i Joyce Carol Oates. Środek to także Zadie Smith czy Kiran Desai. W Polsce do literatury środka można zaliczyć przykładowo Dorotę Terakowską, Józefa Hena, Zytę Rudzką, Monikę Rakusę czy Annę Bolecką.

Po czwarte w Polsce wciąż panuje przekonanie że, jak to ujęła Inga Iwasiów, „literatura pisana przez kobiety jest gorsza. Tym samym męskie jest elitarne, kobiece popularne”. Szowinizm ujawnia się nie tylko wtedy, gdy dobra powieść środka napisana przez kobietę automatycznie ląduje w szufladce na literaturą lżejszą. Widoczny jest także, gdy książki opisujące „męski świat”  recenzowane są jako takie, które ukazują uniwersalne prawdy o ludzkiej egzystencji, podczas gdy powieści napisane przez kobiety, których bohaterkami także są kobiety, nie są nawet przez krytyków czytane (tu jeszcze raz pozwolimy sobie podkreślić, że pisząc o książkach napisanych przeze kobiety, NIE MAMY NA MYŚLI JEDYNIE LITERATURY POPULARNEJ).

Cóż, nawet polscy oczytani i lewicujący intelektualiści o pozornie feministycznych poglądach wychowali się w jednym z najbardziej patriarchalnych i konserwatywnych krajów Europy, więc zasada wykluczania kobiet działa tu wręcz automatycznie (jest zapisana gdzieś w podświadomości i dobrze byłoby sobie z tego nareszcie zdać sprawę).

Czasami trzeba dokonać świadomego wysiłku, by zacząć promować pisarki, a nie tylko kolegów po piórze, a do tego przestać uparcie powtarzać, że literatura pisana przez kobiety to Kalicińska, Kalicińska, Kalicińska…

Odpowiedzialność zbiorowa

Rozwiązanie polskiego problemu upadku czytelnictwa nie leży jednak w gestii krytyki literackiej, co do tego nie mamy żadnej wątpliwości. Odpowiedzialność za to, że wylądowaliśmy na czytelniczym dnie, jest zbiorowa, a los krytyków jest w gruncie rzeczy nie do pozazdroszczenia, bo miejsce na recenzje książek i dyskusję o literaturze w polskich mediach kurczy się z dnia na dzień.

Dlatego te 39 procent społeczeństwa, które jeszcze coś czyta, a szczególnie 11 procent takich, którzy czytają więcej niż sześć książek rocznie, ma dziś w Polsce wiele do zrobienia, by promować książki we wszystkich (a nie tylko wybranych) grupach społecznych.

Zresztą naprawdę nie chodzi o to, by wszyscy pisarze pisali jedną książkę, ani o to, by wszystkie nagrody literackie były przyznawane jednemu typowi prozy (czekamy z utęsknieniem na nagrodę dla polskiej powieści). Siłą największych na świecie rynków literackich jest ich różnorodność.

Jest jak jest. Minister kultury chyba nigdy w życiu nie sfotografował się z książką w ręku (jeśli mylimy się w tej kwestii, to BARDZO prosimy o takie zdjęcie!), a samo ministerstwo wspiera wprawdzie zakupy nowości dla bibliotek, ale już wśród jego stypendystów pisarze i pisarki stanowią rzadkość, a w ministerialnym programie dotacyjnym Promocja literatury i czytelnictwa – priorytet 2 zwyczajowo poległy instytucje dla promocji czytelnictwa najważniejsze, czyli biblioteki. W typowo bombastycznym stylu ministerialnym największe pieniądze poszły na duże festiwale literackie w dużych miastach. Wnioski małych podmiotów – w tym przede wszystkim bibliotek gminnych miejskich i powiatowych zostały rozpatrzone negatywnie. Jak powiedziała nam pani Monika Machowicz z biblioteki publicznej w Krośnie: „Niemal programowo zabiera się szanse mniejszym ośrodkom na aktywne działania okołoliterackie. Większość bibliotek może tylko pomarzyć, żeby móc na promocję czytelnictwa przeznaczyć kwotę choćby 20 tys. złotych”.

Cóż, polskie władze nie wierzą w działalność pozytywistyczną, lubią za to rzucić dużą kasą ot tak, gdzie popadnie. Poza ministerstwem są też jednak w Polsce ludzie, którzy mają jakąś władzę, którzy decydują,  czy wyda się samorządowe pieniądze na kolejny basen, czy na bibliotekę, od których zależy zawartość programów telewizyjnych albo to, co wypełni strony gazet i tygodników. Wszędzie brakuje miejsca na książki. Nawet tam, gdzie powinno się znaleźć, bo kurcząca się liczba papierowych stron nie stanowi żadnego problemu. Dobrym przykładem może być tu internetowy portal, który miał być polskim „Huffington Post” i który szczyci się tym, że prowadzą na nim swoje blogi znani pisarze i ludzie kultury, a zarazem nie  posiada ani działu „Kultura”, ani działu „Książki”..

Promocją czytelnictwa mogłoby się zająć w Polsce bardzo wielu ludzi. Ktoś może zostać pierwszym dyrektorem korporacji, który zamiast wywalać kasę na kolejną imprezę integracyjną, zafunduje pracownikom książki. A może pojawi się gdzieś biznesmen, który uzna, że warto postawić na literaturę? Albo może w Sejmie znajdzie się w końcu garstka polityków, którzy uznają problem upadku czytelnictwa za istotniejszy od ideologicznych wojenek i potyczek? Dopóki czas ten nie nadejdzie, za promocję czytelnictwa odpowiedzialni jesteśmy my wszyscy, którzy czytamy. Wygląda na to, że musimy więc wyjść z naszych hermetycznych światów ludzi podobnie myślących i zacząć docierać z przysłowiowym „kagankiem oświaty”, gdzie tylko się da.